Opiekuńcze obozy pracy

Opublikowano w 21 lutego 2026 18:25

Nazywam się Krzysztof Głowacki. Nie widać mnie ani nie słychać. Nikt nie zwraca uwagi na kogoś takiego jak ja. No bo po co? Co sobą przedstawiam, aby kogoś zainteresować tym, co mam do powiedzenia. Przecież jestem tylko jednym z wielu. Tak, to prawda, jest nas wielu… Niewidocznych. Niesłyszanych. Zapomnianych. A jednak istniejemy. Więcej, chcemy, aby nas zauważono. Aby ktoś wreszcie usłyszał nasz głos. Głos skrzywdzonych opiekunek i opiekunów. Oddelegowanych do pracy. Na „roboty przymusowe” do Niemiec.

Za naszą zachodnią granicą, zdaniem prawniczki dr Sylwii Timm, pracuje blisko 200 tys. opiekunów z Europy Środkowo-Wschodniej. Polacy trafiają do Niemiec m.in. za pośrednictwem polskich i niemieckich agencji pracy, które kuszą nie tylko pieniędzmi, ale także legalną formą zatrudnienia, kursami językowymi i minimum formalności. Do takich firm miałem nieprzyjemność trafić…

Moja historia zaczyna się pod koniec 2023 roku. Już dawno nie pracuję jako dziennikarz, imam się różnych zawodów, wiadomo, życie weryfikuje plany i marzenia. I nagle na horyzoncie pojawia się okazja - firma, która szuka osoby na stanowisko rekrutera z językiem niemieckim. Wobec takiej okazji nie można przejść obojętnie, nawiązuję więc kontakt z agencją opiekunek. Umówiona wizyta, rozmowa kwalifikacyjna, uścisk dłoni i mam pracę. Szybko, gładko, bez problemów. Te nadejdą niebawem. Szybciej niż bym przypuszczał…

Po tygodniu docierają do mnie pierwsze niepokojące oznaki. Opiekunki i opiekunowie dzwonią, domagając się zwrotu pieniędzy. Chcą natychmiast rozmawiać z szefową placówki, która pełni również funkcję księgowej. Jeszcze nie rozumiem, o co chodzi, a czym mniej wiem, tym bardziej narastają obawy. Zwłaszcza, że w specjalnym systemie informatycznym mam nazwiska osób, z którymi nie powinienem rozmawiać. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Wiem za to, że widząc taką osobę na ekranie monitora, zgodnie z odgórnymi zaleceniami, nie powinienem odbierać połączenia. Dziwne? Owszem. Tłumaczę to sobie nieznajomością specyfiki branży, do której trafiłem. Utwierdza mnie w tym „koleżanka” z mieszkania, które zostało przerobione na „biuro”, Agnieszka H. Druga z pracownic stanowczo uwrażliwia mnie na kwestię nieodbierania połączeń od niektórych osób.

W sieci manipulacji

Wirginia K. wie co mówi, wszak ma największy staż w firmie. Do perfekcji opanowała umiejętność tłumaczenia w taki sposób, aby powiedzieć wiele, lecz nie wyjaśnić niczego.

- Opieka jest jakby 24 godziny na dobę - słowa te padają, chociaż umowa, która jest podpisywana z opiekunkami, jasno stwierdza, że tydzień pracy obejmuje 40 godzin.

Podczas późniejszej kontroli Państwowej Inspekcji Pracy potwierdzi to Iwona L., kierowniczka biura. Tymczasem tego faktu zdaje się nie dostrzegać Wirginia, wiadomo już więc, co oznacza liczba 24 w nazwie polskiej firmy. A to dopiero początek…

Między bajki należy włożyć zapewnienia, że łatwo i szybko można zamienić zlecenie w razie jakichkolwiek problemów. W zeznaniach plącze się nawet główna rekruterka. W jednym miejscu twierdzi, że jak jest problem, „po miesiącu możemy panią przewieźć do innego podopiecznego”, z kolei kilka minut później słyszymy, że „około tygodnia koordynatorzy potrzebują, aby znaleźć zastępstwo”. To jak to jest w rzeczywistości? W świetle relacji pokrzywdzonych opiekunek należy z całą mocą stwierdzić, że sytuacja wygląda zgoła inaczej.

To jednak nie wszystko. Otóż Wirginia K. informuje potencjalnych pracowników o tym, że mają dostęp do służby zdrowia w Polsce przez cały rok. Problem jednak w tym, że owe osoby pracują w Niemczech. Na pytanie o ubezpieczenie zdrowotne w przypadku nagłej choroby, pada odpowiedź, że w pilnych przypadkach szpital w Niemczech udzieli odpowiedniej pomocy. Na jakiej podstawie? Tu już nie pada wyczerpujące wyjaśnienie. Dowiadujemy się, że jak ktoś jest ubezpieczony w Polsce, to i we wszystkich krajach UE. Problem jednak w tym, że trzeba było mocno się dopytać o druk A1. Niestety odpowiedź nie była pełna, usłyszałem tylko, że taki dokument wystawia ZUS. Ani słowa o tym, że zrobi to za nas pracodawca lub że my musimy o takie zaświadczenie wnioskować i poczekać, w przypadku braku problemów, około miesiąca. Tymczasem Wirginia proponuje zlecenia od zaraz, czyli nie daje czasu na należyte przygotowanie się do wyjazdu, o innych dokumentach typu Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego nie wspominając ani słowem. Liczy się tylko zrekrutowana kolejna osoba, wszak od ilości pozyskanych osób uzyskuje się premie…
Niestety to nie koniec złych wieści. Na pytanie czy firma przeprowadza odpowiednie szkolenia w zakresie BHP, Wirginia stwierdza, że odbywa się to w Niemczech, po niemiecku. Biorąc pod uwagę, że poziom języka jest zależny od zlecenia i może przybrać formę od podstawowej do komunikatywnej, rodzi to pytanie, na ile przekazana wiedza odbywa się w sposób prawidłowy i zrozumiały. I czy w ogóle do szkolenia z zakresu BHP dochodzi, wszak jak wykazała PIP, pracownicy warszawskiej firmy, w tym ja, nie zostali w żaden sposób przeszkoleni… Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że na umowach widnieje zapis, że opiekunki potwierdzają odbycie odpowiedniego szkolenia. Czyli deklarują coś, co ewentualnie dopiero będzie miało miejsce...

Rzeczywistość kontra fikcja

Wiedza na ten temat przyjdzie do mnie z czasem, zanim to jednak nastąpi, snuję przed opiekunkami niestworzone wizje, o których nie mam bladego pojęcia. Przekazuję informacje w dobrej wierze, szkopuł w tym, że twórcy owych treści celowo wprowadzają mnie w błąd. Doskonale wiedzą, że to nieprawda, a mimo to realizują odgórne polecenia.

Tymczasem pewnego dnia do firmowego domofonu dzwoni mężczyzna. Chce, a jakże, rozmawiać z kimś decyzyjnym. Jest zdenerwowany. Przyjechał z daleka. Mam nie otwierać drzwi. Jak coś, nikogo nie ma w biurze. Kilka miesięcy po tym fakcie rozmawiam przez komunikator internetowy z pewnym opiekunem. Opowiada mi, jak został skrzywdzony przez firmę z Borzymowskiej. Od słowa do słowa, wszystko się wyjaśnia. To on kilka miesięcy wcześniej stał pod firmą, domagając się zwrotu pieniędzy. Poznajemy się bliżej z Jackiem G.

Wolność, której nie ma

Dzięki takim osobom dowiaduję się jako rekruter niestworzonych historii. Docierają do mnie fakty niewygodne dla firmy, chociażby ten o dniu wolnym. Jak się później okazuje, zapis o dniu wolnym nie istnieje w umowie podpisanej między firmą z Warszawy a opiekunkami.

- Należy się pani jeden dzień wolny w tygodniu, jest on do ustalenia z rodziną - tłumaczę nieświadomy wypowiadanych słów.

Ta teza nie ma potwierdzenia w żadnym dokumencie, to tajemnica, którą Iwona L. strzeże jak oka w głowie. Będąc pracownikiem, byłem całkowicie poza zasięgiem prawdy, sytuacja zmieniła się dopiero w momencie, gdy baczniej zacząłem przyglądać się firmie z Borzymowskiej. W tym celu zgłosiłem się do Tomasza Wiciaka z berlińskiej organizacji Minor digital, która oferuje wrażliwym grupom, zwłaszcza imigrantom, informacje i doradztwo w mediach społecznościowych. Cyfrowy streetwork oznacza pracę integracyjną w kilku językach, opartą na potrzebach, niezależne od lokalizacji, przejrzyste i wiarygodne informacje, a także porady w czasie rzeczywistym. Po tym, co usłyszałem, wszystko zaczęło się układać w logiczną całość…

„Na gruncie obowiązującego na terenie Niemiec prawa, przysługiwanie dnia wolnego wynika z przepisów federalnej ustawy o czasie pracy, wyznaczającej m.in. maksymalny wymiar dziennego oraz tygodniowego czasu pracy, minimalny czas trwania przerw, jak również przerwy na odpoczynek nocny pomiędzy kolejnymi dniami pracy, oraz wyznaczający niedzielę jako dzień nieroboczy, w jaki praca jest zasadniczo zabroniona i dopuszczalna jedynie w wymienionych w ustawie zawodach oraz pod ściśle określonymi warunkami. Opiekunowie i opiekunki zatrudnieni jako personel niewykwalifikowany w prywatnych gospodarstwach domowych nie kwalifikują się do żadnego z wymienionych w przepisach wyjątków; w tym w szczególności tego określonego w § 10 ust. 1 pkt. 3 ArbZG, na jaki część agencji ma w zwyczaju się powoływać, ponieważ ten dotyczy pracy w profesjonalnych ośrodkach/placówkach opiekuńczych/pielęgnacyjnych, zaś dom prywatny nie jest takim ośrodkiem opieki, w przeciwieństwie do placówki typu np. Pflegeheim!; ani też do wyjątku wskazanego w § 18 Abs. 1 Nr. 3 ArbZG, na który również część agencji się powołuje, dotyczącego osób „które żyją we wspólnocie domowej z powierzonymi ich opiece osobami i samodzielnie je wychowują, opiekują się nimi lub sprawują nad nimi pieczę“, ponieważ regulacja ta odnosi się i została stworzona przez ustawodawcę w kontekście tzw. rodzinnych domów dziecka oraz SOS-wiosek dziecięcych oraz wychowawców w takich placówkach. Wszelkiej maści „ustne informacje” nieznajdujące pokrycia w treści zawartej umowy należy postrzegać jako całkowicie bezwartościowe deklaracje, gdyż przeforsowanie ich faktycznej realizacji będzie w praktyce ekstremalnie trudne, a tak kluczowe kwestie jak przewidywany dzienny/tygodniowy czas wykonywania zlecenia powinien zostać jednoznacznie uregulowany w treści umowy lub w opisie zlecenia do realizacji!”.

Pod pozorem ankiety

Co ciekawe, warszawska placówka, która obecnie ze względu na liczne procesy sądowe zmieniła nazwę na włosko brzmiącą, nic z tym nie robi. W żaden sposób nie reaguje na fakt, że każdego dnia do firmy zgłasza się wiele pokrzywdzonych osób. Nic to jednak. Wirginia K. działa dalej…

Podczas pierwszej rozmowy telefonicznej jest przeprowadzany wywiad z potencjalną pracownicą. To wówczas Wirginia wyłudza między innymi imię i nazwisko, datę urodzenia, adres, pesel…, informacje o chorobach przewlekłych… czy zdjęcie. Nie są to informacje potrzebne do sporządzenia umowy tylko do założenia profilu pracowniczego, który ma zasilić wewnętrzną bazę danych. Pytania odpowiadają tym z firmowej ankiety, z tą różnicą, że na dokumencie widnieje informacja o tym, że osoba poddawana wywiadowi zgadza się na przekazanie danych. Tymczasem podczas rozmowy telefonicznej nie pada deklaracja, której celem jest uzyskanie zgody. Brak również informacji, kto jest administratorem danych.

Ponownie zasięgam informacji u Tomasza Wiciaka z berlińskiej organizacji Minor digital.

„Każdorazowo przetwarzanie danych osobowych przez firmę musi odbywać się w zgodzie z zapisami ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych. Do najważniejszych zasad przetwarzania danych wynikających z treści tegoż rozporządzenia należą między innymi: 1. konieczność wskazania podstawy prawnej ich przetwarzania - a więc zwykle uzyskania osoby, której dotyczą przetwarzane dane w postaci wyraźnej (tj. dobrowolnej, jednoznacznej, konkretnej i świadomej) zgody na określony sposób i zakres ich przetwarzania; 2. konieczność spełnienia obowiązków informacyjnych z zakresu zapewnienia rzetelności i przejrzystości przetwarzania danych, a więc w szczególności konieczność poinformowania kto dokładnie będzie administratorem tych danych oraz jakie inne współpracujące z nim podmioty będą miały dostęp do danych, jak również w jaki sposób i w jakim dokładnie celu konkretne dane będą przetwarzane; 3. zachowanie zasady tzw. minimalizacji danych, a więc ograniczenie zakresu przetwarzanych danych wyłącznie do tych, które są niezbędne; 4. obowiązek pouczenia o prawie do dostępu do swoich danych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia ich przetwarzania, przenoszenia, wniesienia sprzeciwu, a także o ewentualnym zautomatyzowanym podejmowaniu decyzji, w tym profilowaniu.
Ponadto każdy podmiot będący osobą prawną mający zamiar przetwarzać dane osobowe powinien oprócz jednoznacznego wskazania ich administratora podać także dane kontaktowe inspektora ochrony danych, jeśli takiego wyznaczono, oraz doprecyzować jakie inne współpracujące z nim podmioty będą miały dostęp do przetwarzanych danych”.

W Polsce czy w Niemczech?

To nie wszystko. Wirginia K. kopiuje to, co przygotowują koordynatorzy w Mannheim, następnie dobiera do lakonicznych informacji zdjęcia zaczerpnięte z mediów społecznościowych, które budzą zaufanie. Jest to na przykład uśmiechnięty senior z psem na spacerze… Wirginia dobrze wykonuje swoją pracę. W nagrodę za lojalność, w późniejszym okresie zostanie samoistnym prokurentem.

Na razie jednak wszelkie dyspozycje wydaje Iwona L., kierowniczka placówki w Warszawie. To ona nadaje ton wszystkiemu, traktując firmę jak swoją własność. Ta zaś należy do Agaty H., właścicielki drugiej firmy, która ma siedzibę w niemieckim Mannheim. To dla tej placówki pracują de facto opiekunki, które zatrudnia stołeczna firma. Po co to wszystko? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to… na horyzoncie pojawiają się pieniądze. Nie inaczej jest w tym przypadku. Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach.
Ewentualne szkolenia BHP organizuje firma z Mannheim a nie agencja mająca siedzibę na ulicy Borzymowskiej w Warszawie, dla której opiekunki deklarują chęć pracy. Tym samym dochodzimy do sedna funkcjonowania opisywanego modelu biznesowego. Otóż osoby zatrudnia firma w Polsce, a druga w Niemczech korzysta z pracy napływowej siły roboczej, mimo iż nikogo realnie nie zatrudnia. Jest to możliwe dzięki temu, że polska umowa zlecenia dla opiekunki opatrzona jest zapisem o tzw. pracy naprzemiennej. Można więc wysyłać pracowników zza Odrę, którzy pracują np. w Bawarii dla tamtejszej firmy, dostają za to pensję w euro, składki jednak są uiszczane w Polsce. Stary myk w tej branży mający na celu unikanie płacenia podatków w Niemczech. Dla pomysłodawców super, dla opiekunek zgoła inaczej. Nie są ubezpieczone w kraju faktycznego wykonywania pracy.

Opisany mechanizm jest dość dobrze znany ZUS.

- Warunkiem uzyskania zaświadczenia A1 konieczne jest spełnienie przesłanki sprowadzającej się do wykazania normalnego wykonywania pracy najemnej w dwóch lub kilku państwach członkowskich, co oznacza sytuację, w której pracownik najemny równocześnie lub na zmianę wykonuje jedną lub kilka odrębnych prac w dwóch lub więcej państwach członkowskich w tym samym lub kilku przedsiębiorstwach lub dla jednego lub kilku pracodawców. Zasady te, podobnie jak wszystkie przepisy służące ustaleniu ustawodawstwa, mają zagwarantować, że w danym okresie zastosowanie ma system zabezpieczenia społecznego tylko jednego państwa członkowskiego - tak brzmi decyzja nr 2737/DEC/2023/UBS, którą wydał oddział ZUS w Chorzowie.

Na okoliczność tego faktu jestem przesłuchiwany w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Kilka miesięcy później przychodzą wyniki kontroli.

- Nie było żadnej pracy naprzemiennej! Opiekunki powinny być ubezpieczone w Niemczech, bo tam de facto pracowały - krzyczy raport.

Praca wykonywana na terenie Niemiec, polegająca na świadczeniu usług opiekuńczych, była jedynym i podstawowym zadaniem zleceniobiorcy, a zawarcie umowy zlecenia na wykonywanie usług na terenie Polski miało służyć tylko zapewnieniu formalnych warunków do wydania zaświadczenia o podleganiu ustawodawstwu polskiemu w oparciu o artykuł 13, ustęp 1 Rozporządzenia nr 883/2004. Działania firmy z Borzymowskiej miały na celu obejście przepisów prawa w zakresie artykułu 13, ustęp 1 Rozporządzenia 883/2004. Zastosowanie takiego schematu działania miało na celu uprawdopodobnienie pracy naprzemiennej w celu ominięcia płacenia składek w kraju faktycznego wykonywania pracy, w tym przypadku w Niemczech. Artykuł 58, paragraf 1 ustawy z dnia 23 kwietnia 1964 roku Kodeks Cywilny stanowi, że czynność prawna sprzeczna z ustawą albo mająca na celu obejście ustawy jest nieważna. W konsekwencji dla poszkodowanych nie ma zastosowania artykuł 13, ustęp 1 Rozporządzenia 883/2004 i ubezpieczeni są traktowani jako osoby pracujące wyłącznie w jednym państwie członkowskim (Niemcy), a składki powinny być opłacone we właściwym państwie członkowskim na podstawie artykułu 11, ustęp 3 rozporządzenia 883/2004.

Ucieczka do przodu

Jakby tego było mało, pojawiają się trzy raporty PIP. Jeden dotyczy mnie, dwa pozostałe innych pracowników (Justyny K. i Dżansera S.). Wszystkie mówią o nieprawidłowościach w naliczaniu pensji (do dnia dzisiejszego nie dostałem całości wynagrodzenia), problemach z opłatami składek ZUS, braku przeszkolenia BHP oraz nieprowadzeniu ewidencji czasu pracy. Pojawiają się również kolejni poszkodowani. Dwie sprawy z powództwa cywilnego o zapłatę zakładają Wiktoria W. i Dariusz Ż. Do tego trzeba dodać przegraną sprawę z opiekunką Wiolettą O.

Co w obliczu takich faktów robi firma z Borzymowskiej? To, co wszystkie podmioty w tej branży, a mianowicie zmienia nazwę. Zresztą nie pierwszy raz… Tym razem brzmi mocno egzotycznie, po włosku… To jednak nie koniec. Kierowniczka i księgowa w jednym awansuje na prokurenta… W tym czasie umowa, którą prezentuje nowa firma z Borzymowskiej, dziwnym zbiegiem okoliczności zawiera zapisy, które bardziej precyzują zagadnienie pracy naprzemiennej. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja z umową prezentowaną przez starą firmę z tej samej ulicy…

Zmiany postępują z szybkością wprost proporcjonalną do ilości pozwów sądowych, które trafiają na wokandę. Ja tymczasem informuję na Facebooku o tym, co się dzieje. Grono czytelników rośnie z dnia na dzień, zasięgi się rozszerzają, a czym są większe, tym mocniej wzbiera frustracja firmy. Jej kierownictwo ogłasza wszem i wobec, że szkaluję i nękam. Że jestem hejterem z krwi i kości. Że kłamię. Dużo tego, ale nic na potwierdzenie tez. Ja zaś żongluję dokumentami i oświadczeniami opiekunek, które swym zasięgiem obejmują lata 2016-2025…

Prawda rozchodzi się jak świeże bułeczki. Bezsilność wobec tego faktu pcha firmę w kierunku ugody. Propozycja jest taka: sprostowane świadectwo pracy i honorarium za dwutygodniowy okres wypowiedzenia w zamian za wycofanie z sieci wszystkich dokumentów i zaniechanie dalszej publikacji. Bo jeśli nie…, za każdy wpis kilkaset złotych do kieszeni firmy… W ten oto sposób z osoby, która inne ostrzegała przed karami, sam miałem się na nie zgodzić.

Odmowa jest brzemienna w skutki. Kilka dni później Facebook likwiduje mi wszystkie konta, profile i grupy, zostawiając na pastwę losu tysiące opiekunów. Tych, którzy mi zawierzyli, telefonowali do mnie, pisali oświadczenia, wysyłali listy. Po ich lekturze włos jeży się na głowie.

„Zlecenie niezgodne z opisem i warunkami umowy… Nie otrzymałam wynagrodzenia za czas pracy… Nie zostały mi zwrócone koszty przejazdu… Firma stosowała wobec mnie zastraszanie karami finansowymi” - pisze Dorota K., opisując sytuację z 2016 roku.

„Kazano mi się szybko spakować w worki na śmieci… Zostałam wystawiona na ulicę… Kto miał mi pomóc 1400 km od domu? To był koszmar!” - dodaje Wiesława K., która dla firmy z Mannheim pracowała w latach 2016-2017.

„Tam nic nie było zgodne ze stanem faktycznym… Za nic miano fakt, że praca przekracza moje możliwości fizyczne oraz psychiczne. Nigdy nie zapomnę tego miejsca i ich kombinacji…” - to z kolei opinia Renaty Sz., która pracowała dla firmy w 2019 roku.

Inna opiekunka, Danuta P., tak opisuje to, co ją spotkało w 2020 roku: - Zlecenie wspominam z lękiem, gdyż podopieczny brał leki i codziennie pił wino. Chodził do kotłowni i bałam się, że nas wysadzi w powietrze. Gdy przesłałam zdjęcia do firmy, powiedziano mi, żebym razem piła z tym panem…

Z kolei Joanna B. i Marcin O. w 2021 roku informowali Konsulat Generalny RP w Kolonii: - Kazano nam spakować rzeczy i opuścić pensjonat… Właściciel, pan Jaax, im na to nie pozwolił i zadzwonił na Policję…

Tymczasem w 2022 roku Anna D. dodaje:- Niezrozumiałym pozostaje dla mnie stosowana przez spółkę praktyka polegająca na dokonywaniu potrącania należności wynikającej z poniesionych przez spółkę na moją rzecz kosztów dojazdu do miejsca wskazanego przez państwa celem wykonywania powierzonych mi obowiązków oraz jego powrotu z należnego mi wynagrodzenia.

Maria W. w 2023 roku twierdzi zaś: - Gdy zaczęłam pisać prawdę i ludzie dodawali komentarze nieprzychylne agencji, zostałam zablokowana.

2024 rok również obfituje w skrzywdzonych ludzi. - Moja niezdolność do pracy jest potwierdzona zaświadczeniem lekarskim… Nałożenie na mnie kary jest naruszeniem Kodeksu Pracy. Powiadomię służby niemieckie o łamaniu przepisów prawa - informuje Irena K.

Z kolei Justyna K. w 2025 roku informuje Urząd Skarbowy w Katowicach: - W związku z otrzymaniem PIT 11, informuję uprzejmie, że nie widzę podstaw uwzględnienia w swoim zeznaniu podatkowym w/w dokumentu, ponieważ zawarte w nim dane nie są zgodne ze stanem faktycznym.

Bez litości

Niestety, to tylko wierzchołek góry lodowej. Jak dużej, dowiaduje się dopiero, gdy kierownictwo wyrzuca mnie z pracy. Zostaję zwolniony w trybie natychmiastowym. Gdy chcę rozmawiać z główną szefową, Agatą H., jej koleżanka nie dopuszcza do tego, nie mam możliwości zabrania nawet własnych rzeczy z biura. Gdy domagam się ich otrzymania, wezwana jest Policja. Dzięki nim wchodzę do firmy, a adwokat, który reprezentuje mnie przed Sądem Pracy, wnioskuje o dołączenie do akt sprawy nagrania z interwencji. Tym samym zamysł Iwony L., aby zrobić ze mnie osobę agresywną, spalił na panewce, więcej - staje się dowodem przeciwko… firmie.

Gdy ląduje na bruku, Iwona L. i Wirginia K., wracają do tego, co robiły do tej pory, a mianowicie „łowią” w firmową sieć niczego nieświadome opiekunki. Nie łatwo jest się z niej wydostać, o czym informują mnie następne „ofiary”. Jest ich tak dużo, że firma postanawia działać. Z początkiem 2024 otrzymuję wezwanie do sądu. Jestem oskarżony o zniesławienie i pomówienie przez kierowniczkę firmy z Borzymowskiej. Główna szefowa też mi grozi. Ostrzeżenie widnieje w formie zawoalowanej w samym pozwie…
Nie jestem zdziwiony zastosowaniem wobec mnie działalności slappowej. Strategiczne powództwo zmierzające do stłumienia debaty publicznej w tzw. branży opiekuńczej jest czymś zupełnie naturalnym.

Co ciekawe, inny rekruter, Dżanser S., też zostaje wyrzucony z pracy. W treści pisma do PIP wskazuje, że został zmuszony do złożenia oświadczenia woli (podpisania rozwiązania umowy o pracę na mocy porozumienia stron). Zrobił to w obawie przed zrealizowaniem niekorzystnych następstw natury osobistej i majątkowej, jakie zostały zapowiedziane przez drugą stronę.
- Agata jest wściekła - takie wyjaśnienie ze strony firmy przekazuje z kolei Michał S., udziałowiec, który również jest zamieszany w nieprawidłowości…

Na własny rachunek

Aby je dokładnie naświetlić, trzeba uważnie przyjrzeć się kwestii zwrotu pieniędzy przeznaczonych na podróż… Otóż osoby „oddelegowane” do pracy mają jechać do Niemiec na swój koszt.

- Z poniesionej sumy otrzymają 70 Euro po przepracowanym miesiącu - tak mi tłumaczą w firmie na szkoleniu przy kawie w kuchni.

Wirginia K. przytakuje słowom Iwony L., kierowniczki.

- Zwrot za poniesione koszty dojazdu odbywa się po przepracowanym miesiącu - informuje z przekonaniem.

Oczywiście to wierutne kłamstwo, po co jednak tak oszukiwać? Zrozumienie przychodzi po wielu deliberacjach. Otóż chodzi o mechanizm mający na celu trzymanie „ofiary” w ryzach. Aby to wszystko zrozumieć, trzeba mieć świadomość, kto jedzie do pracy jako opiekunka/opiekun i w jakim celu. Otóż są to osoby przeważnie starsze, często przed emeryturą. Niemal wszystkie chcą zarobić, aby pokryć dziury w rodzinnych budżetach, spłacić raty kredytów, pożyczki, w tym tzw. chwilówki, często długi, które zaciągnęły dzieci lub wnuki. Słowem, mamy do czynienia z osobami w potrzebie, nierzadko z komornikiem na głowie, do tego ze słabym językiem niemieckim. Tacy ludzie to idealna grupa, którą można wykorzystać. Co więcej, mało kto z nich będzie domagał się sprawiedliwości przed sądem. Wielokrotnie się o tym przekonuję, prosząc o wsparcie dokumentami lub oświadczeniami.

- A co to da? Oni mają pewnie sztab prawników. Lepiej to zostawić jak jest - odpowiedzi tej treści są na porządku dziennym.

Co bardziej „krewcy” opiekunowie wystosowują pismo od adwokata i… na tym się kończy. Tak było na przykład w przypadku Jacka G. Oczywiście nie wszyscy tak postępują. Wiesława O. wygrała proces z firmą z Borzymowskiej, dwóch innych opiekunów założyło sprawę w sądzie. To jednak wyjątek potwierdzający niechlubną regułę, która dużo mówi na temat tego, dlaczego firmy z tzw. branży opiekuńczej czują się bezkarne.

Wróćmy jednak do zwrotu za koszty podróży. Opiekunka wykłada na podróż pieniądze, mocno ufając, że większą część poniesionej sumy dostanie od firmy po przepracowanym miesiącu. Do tego zaś wpłynie pensja. Ładna wizja, nieprawdaż? Niestety daleka od rzeczywistości. Oto bowiem na miejscu okazuje się, że miejsce pracy różni się od tego, o którym mówiono. Telefon koordynatora milczy, znikąd pomocy, bariera językowa uniemożliwia jakikolwiek kontakt z otoczeniem.

W efekcie zdesperowane opiekunki przypominają kobiety wywiezione do Niemiec w celu świadczenia usług seksualnych. I jedne, i drugie otrzymują informacje zgoła inne od stanu faktycznego. Obie grupy mają utrudniony kontakt z otoczeniem. Boją się o swój stan zdrowia. Odczuwają lęk z powodu tego, gdzie się znalazły. Są zmuszane do pracy i pozbawione wyjścia awaryjnego. Odmawia się im wybrania innej rodziny, często zwodzi tygodniami, narażając na pracę, której się nie wybrało i warunki, na które się nie pisało.

Rozbój w białych rękawiczkach

Gdy zaś opiekunka jest już na granicy wytrzymałości fizycznej i pod presją wyczerpania psychicznego podejmuje decyzję o opuszczeniu miejsca pracy, firma grozi karami umownymi. Gdy i to nie skutkuje, opiekunce na poczet kary zajmuje się całą pensję i grozi konsekwencjami prawnymi, jeśli nie odda reszty. W przypadku firmy, dla której pracowałem, to kwota niebagatelna, bo wynosząca 15 tys. złotych.

Co ciekawe, dochodzi do takich patologii, że na osobę pokazującą zwolnienie lekarskie (jak Irena K), gdzie jasno jest stwierdzone, że stan zdrowie nie pozwala podjąć pracy, również jest nakładana kara. Nie pomaga nawet pismo do firmy, że ktoś się boi, bo przeczytał informację o nieprawidłowościach. Taka osoba jest również obciążana. Z taką sytuacją spotkał się m.in. Patryk K.

- Dostałem wezwanie do zapłaty 15 tys. złotych za to, że nie pojechałem na zlecenie do Niemiec przez agencję z Borzymowskiej, ponieważ wiele osób mi ją odradzało. Ale mają tupet… - można przeczytać na grupie „Opiekunki ostrzegamy się. Czarna lista obecnych miejsc pracy w DE”.

W mailu do firmy z Mannheim czytamy zaś: - Chciałbym złożyć wypowiedzenie umowy w trybie natychmiastowym. Motywuję to tym, że mam obawy oraz podejmuję ryzyko, którego nie chcę podejmować, oraz z racji tego, że jest to mój pierwszy wyjazd i po prostu się boję.

Smaczek całej sprawie dodaje fakt, że przez dłuższy czas pisma o karach umownych wystosowywał udziałowiec firmy, Michał S., adwokat… Gdy zaś sprawdziłem przypadek opiekunki Wiktorii W., okazało się, że w czasie gdy Michał S. wystosowywał pismo opatrzone frazami „adwokat” czy „kancelaria adwokacka”, nie był członkiem Okręgowej Rady Adwokackiej. Zapomniał więc dodać, że był „adwokatem niewykonującym zawód”, a to poważne nadużycie. Nie zawarcie informacji o aktualnym stanie prawnym i tym samym sugerowanie innym, że jest się aktywnym w branży prawniczej, było celowym zabiegiem. Miało za zadanie skuteczne zastraszanie opiekunek i zmuszanie ich do zapłacenia podanej kwoty.

Krzysztof Rafał Głowacki

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.