Pani Beata do pracy w Bawarii trafiła standardowo, za pośrednictwem jednej z wielu agencji. Standardowo też na terenie Niemiec przejęła ją tak zwana koordynatorka, czyli osoba, która powinna znać dobrze sytuację podopiecznego, warunki panujące na „szteli”. I w razie jakichkolwiek pytań czy problemów - szybko służyć pomocą.
- Koordynatorka podrzuciła mnie autem pod dom i odjechała. Wprowadzono mnie do kuchni. Siedział tu cichy, spokojny (wydawało się) staruszek. Potem okazało się, że cierpi na alzheimera, nie toleruje leków, ma rurkę tracheotomijną i jest cewnikowany. O tych „szczegółach” mnie nie uprzedzono - opowiada Polka.
Dom, w przeciwieństwie do tego, co pani Beacie powiedziała o nim agencja („rozległy, z ogrodem, wygodny, w pełni wyposażony”), robił tragiczne wrażenie.
- Na górę, gdzie miałam mieszkać, wiodły stare i kręte schody. Na piętrze stały dwa stare, śmierdzące łoża i dwustuletnia szafa. Przez czarne od brudu story w oknach prawie nie docierało światło - relacjonuje pani Beata. - Na dole odkryłam WC, albo coś, co nim miało być: ciasny, wiecznie zasikiwany przez podopiecznego kibelek...
Kobieta szybko zabrała się za sprzątanie. Warunki bytowe nie okazały się jednak największym wyzwaniem. Problemem było upilnowanie chorego.
- Gdy tylko rodzina opuściła dom, mój „pan Alzhermer” dał dyla. I to powtarzało się regularnie. Uciekał do ogrodu, potem „w długą”. Gdy z ulicy udawało mi się go doprowadzić do domu, zaczynał się armagedon. Dziadek krzyczał, walił pięściami w okna, wypadała mu proteza. Kiedy boleśnie przygryzł sobie język, wezwałam pomoc - dodaje opiekunka.
Przybyła z drugiego końca miasteczka synowa była bardzo niezadowolona z tego, że „Polka nie daje sobie rady”. W końcu agencja, której zleciła poszukanie opiekunki i zapłaciła niemałe pieniądze, obiecała fachową pomoc i zdjęcie z głowy rodziny problemu. Pielęgniarka ze szpitala psychiatrycznego, która przybyła z odsieczą, zastaną sytuacją wcale jednak nie była zaskoczona. Było widać, że interweniuje nie po raz pierwszy.
- W stanie kompletnego wyczerpania (nie spałam po nocach, bo dziadek też nie spał) po niecałych dwóch tygodniach zdecydowałam się wracać. Naburmuszona koordynatorka podjechała pod dom. Ciężką torbę sama zwlokłam z piętra na dół. Koordynatorka zawiozła mnie do większego miasta, wyrzuciła przed dworcem, gdzie stawały polskie autobusy, i odjechała. Był koniec listopada, padał śnieg. Sześć godzin czekałam na busa - kończy pani Beata.
46-letnia Polka nie zdecydowała się na kolejny wyjazd, choć agencja złożyła jej kolejne dwie oferty.
plus.expressbydgoski.pl
Dodaj komentarz
Komentarze