Najczęstszą formą zatrudniania opiekunek są umowy zlecenia podpisywane z polskimi agencjami pośrednictwa pracy na kilkumiesięczny wyjazd do Niemiec rozliczany jako delegacja. Często okazuje się, że podpisywana w Polsce umowa nie do końca odpowiada sytuacji na miejscu: albo zakres wymaganych obowiązków jest większy, albo stan osoby podlegającej opiece jest poważniejszy. Jak łatwo się więc domyślić, praca opiekunek, często w wymiarze 24 godzin na dobę do podróży służbowej ma się nijak. Nie może dziwić także fakt, że niemiecki kodeks pracy nie przewiduje 24-godzinnego dnia pracy. Przepisy mówią za to o tygodniu pracy trwającym 38,5 godziny, z którym praca Polek nie ma zbyt wiele wspólnego.
Tymczasem na mocy unijnego ustawodawstwa pracownik zyskuje prawa pracownicze obowiązujące w kraju, gdzie wykonuje pracę. Tymczasem Polki godzą się na niższe stawki. Może to i niezgodne z obowiązującymi przepisami, może to i wyzysk, ale wciąż sumy spływające na ich konta to trzy razy więcej niż zarobiłyby w tym samym czasie w Polsce.
Największym wygranym są jednak agencje pośrednictwa, które zgarniają nawet 50% comiesięcznego wynagrodzenia swoich „podopiecznych”. Opiekunka Beata zapłaciła pięćset dwadzieścia euro za samo znalezienie pracy. Dodatkowo miesięcznie czterysta euro z tysiąca sześciuset, które zarabia. W zamian dostała umowę, która nie nadawała się do podpisania.
Gdy odmówiła udostępnienia konta przedstawicielce agencji została obsypana groźbami i wyzwana od ,,kurew”. Skandaliczne? Jak Ci się nie podoba to możesz przeprowadzić się do Niemiec i zacząć świadczyć usługi opiekuńcze na własną rękę.
Sytuacja polskich opiekunek to luka trudna do załatania. Polska Inspekcja Pracy ma problem z kontrolą ze względu na faktyczne miejsce wykonywania świadczeń. Jej niemiecki odpowiednik z kontrolą w prywatnych domach, gdzie świadczone są usługi. I koło się zamyka.
klubjagiellonski.pl
Dodaj komentarz
Komentarze