Jak wygląda wabienie ludzi do pracy w Niemczech, można się przekonać wysłuchując nagranie Pani Wirginii K., rekruterki z największym stażem. Z nagrania możemy się dowiedzieć między innymi tego, że: „opieka jest jakby 24 godziny na dobę”. Słowa te padają, chociaż umowa, która jest podpisywana z opiekunkami, jasno stwierdza, że tydzień pracy obejmuje 40 godzin. Potwierdziła to także sama Pani Iwona L. podczas kontroli PIP. Tymczasem tego faktu zdaje się nie dostrzegać Pani Wiktoria K., informuje za to, iż jest jeden dzień wolny w tygodniu. Jak się okazuje, nie istnieje on w umowie podpisanej między firmą 1A Medicas 24 a opiekunkami. Podobno istnieje ów zapis w umowie podpisywanej między firmą 1A Pflegemax 24 a niemieckimi rodzinami… Skąd Pani Wirginia K. ma tę wiedzę, nie wiem. Pracowałem z nią trzy miesiące biurko w biurko i nigdy nie zauważyłem, żeby miała wgląd w polskie umowy, a co dopiero w niemieckie. Tym bardziej, że firma 1A Pflegemax 24 to oddzielny podmiot gospodarczy, działający na terenie Niemiec. Z 1A Medicas 24 łączą go wspólna szefowa i interesy, przy czym polska placówka pełni funkcję podległą, stąd dokumentacja niemiecka pozostaje w Mannheim. Warto w tym miejscu dodać, że Pani Wirginia K. nie zna języka niemieckiego, skąd zatem wie o takowym zapisie?
Idźmy jednak dalej. W jednym miejscu Pani Wirginia K. twierdzi, że jak jest problem „po miesiącu możemy panią przewieźć do innego podopiecznego”, z kolei kilka minut później słyszymy, że „około tygodnia koordynatorzy potrzebują aby znaleźć zastępstwo”. W świetle relacji pokrzywdzonych opiekunek należy z całą mocą stwierdzić, że sytuacja wygląda zgoła inaczej i nie ma możliwości aby Pani Wirginia K. o tym nie wiedziała, ponieważ pracując w firmie wielokrotnie byłem świadkiem telefonów ze skargami od opiekunek. Między bajki należy więc włożyć słowa głównej rekruterki jakoby: „koordynatorzy starają się zawsze pomóc”.
Inną bulwersującą kwestią jest to, iż Pani Wirginia K. powtarza, że zwrot za poniesione koszty dojazdu odbywa się po przepracowanym miesiącu. To nieprawda, co potwierdza wiele pokrzywdzonych osób. Niestety Pani Wirginia K. nic z tym nie robi, prawdopodobnie ze strachu o utratę miejsca pracy. Ów strach jest zapewne powodem, dla którego wspomniana pracownica wyłudza wrażliwe dane osobowe.
Podczas pierwszej rozmowy telefonicznej jest przeprowadzany wywiad z potencjalną pracownicą, podczas którego Pani Wirginia K. wyłudza między innymi imię i nazwisko, datę urodzenia, adres, pesel, informacje o chorobach przewlekłych czy zdjęcie profilowe, nie informując o tym rozmówcy. Nie są to informacje potrzebne do sporządzenia umowy tylko do założenia profilu, który ma zasilić firmową bazę danych. Pytania odpowiadają tym z ankiety, którą posiadam, z tą różnicą, że na ankiecie widnieje informacja o tym, że osoba poddawana wywiadowi zgadza się na przekazanie danych. Brak natomiast informacji, kto jest administratorem danych. Tymczasem podczas rozmowy telefonicznej nie pada deklaracja, której celem jest uzyskanie zgodny i pouczenie po co to wszystko.
Niestety to nie koniec. Na pytanie czy firma przeprowadza odpowiednie szkolenia w zakresie na przykład BHP, Pani Wirginia K. stwierdza, że odbywa się to w Niemczech, po niemiecku. Biorąc pod uwagę to, że w dalszej części rozmowy słyszymy, iż poziom języka jest zależny od zlecenia i może przybrać formę od podstawowej do komunikatywnej, rodzi to pytanie, na ile przekazana wiedza odbyła się w sposób prawidłowy i zrozumiały. I czy w ogóle do szkolenia z zakresu BHP doszło, wszak jak wykazała PIP, pracownicy w firmie 1A Medicas 24 nie zostali przeszkoleni… Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że na umowach podpisanych przez opiekunki widnieje zapis, który mówi, że opiekunki oświadczają, że odbyły odpowiednie szkolenia. Czyli deklarują coś, co ewentualnie dopiero będzie miało miejsce, o ile w ogóle będzie miało miejsce. Inną podejrzaną kwestią jest to, że ewentualne szkolenia organizuje firma 1A Pflegemax 24 a nie firma 1A Medicas 24, dla której opiekunki deklarują chęć pracy. Reasumując, osoby zatrudnia firma w Polsce, a druga w Niemczech korzysta z pracy napływowej siły roboczej, mimo iż nikogo realnie nie zatrudniła.
Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednej nagannej rzeczy. Otóż Pani Wirginia K. informuje potencjalnych pracowników o tym, że mają dostęp do służby zdrowia w Polsce przez cały rok. Problem jednak w tym, że owe osoby pracują w Niemczech. Na pytanie o ubezpieczenie zdrowotne w przypadku nagłej choroby, pada odpowiedź, że w nagłych przypadkach szpital w Niemczech udzieli odpowiedniej pomocy. Na pytanie na jakiej podstawie, nie pada już wyczerpująca odpowiedź. Dowiadujemy się, że jak ktoś jest ubezpieczony w Polsce, to i we wszystkich krajach UE. Problem jednak w tym, że trzeba było mocno się dopytać, aby Pani Wirginia K. opowiedziała o druku A1. Niestety odpowiedź nie była pełna, usłyszeliśmy tylko, że taki druk wystawia ZUS. Ani słowa o tym, że zrobi to za nas pracodawca lub że my musimy o takie zaświadczenie wnioskować i poczekać. Tymczasem Pani Wirginia K. proponuje zlecenia od "już", czyli nie daje czasu na należyte przygotowanie się do wyjazdu, o innych dokumentach typu Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego nie wspominając ani słowem. A sprawa jest jak najbardziej ważka. Przecież EKUZ to karta pozwalająca na leczenie na terenie państw członkowskich UE. Z kolei formularz A1 to wyłącznie dokument potwierdzający ubezpieczenie w państwie pochodzenia. Niestety Pani Wirginia K. nie zważa na tak istotne kwestie, liczy się tylko zrekrutowana kolejna osoba, wszak od ilości pozyskanych osób uzyskuje się premie.
Na koniec chciałbym jeszcze dodać, iż według obowiązującego w Polsce i Niemczech prawa opiekunka domowa nie może wykonywać czynności medycznych. Może jedynie przypominać o zażywaniu leków i pilnować, by osoba starsza przyjmowała je zgodnie z zaleceniami lekarza. Tymczasem z nagrania jasno wynika, że gdy potencjalna opiekunka się chwali, iż umie obsługiwać kroplówkę i zna się na podawaniu zastrzyków, ze strony Pani Wirginii K. nie padają żadne słowa sprzeciwu. Zważywszy, że mamy do czynienia z osobą doświadczoną w rekrutacji takie zachowanie wydaje się dość naganne. Pani Wirginia K. zdaje się zapominać, że aby robić takie rzeczy, trzeba mieć wiele dokumentów, między innymi: podpisany wniosek o uznanie kwalifikacji, dyplomy ukończenia studiów/szkoły medycznej, zaświadczenie z izby pielęgniarskiej o przebiegu pracy zawodowej oraz o zgodności posiadanych kwalifikacji z normą unijną, aktualne prawo wykonywania zawodu w Polsce, tabelaryczny życiorys w języku niemieckim, zaświadczenie od niemieckiego pracodawcy o chęci zatrudnienia danej osoby lub potwierdzenie zameldowania w danym landzie lub oświadczenie pracownika o zamiarze podjęcia pracy w danym regionie, zaświadczenie o niekaralności z Niemiec, tzw. Führungszeugnis, zaświadczenie lekarskie o braku przeciwwskazań do wykonywania zawodu, zaświadczenie o znajomości języka niemieckiego na poziomie minimum B2. Ponadto trzeba złożyć oryginały lub urzędowo potwierdzone kopie, przetłumaczone na język niemiecki przez tłumacza przysięgłego. Tłumacz musi też potwierdzić, że otrzymał oryginalne dokumenty. Dokumenty muszą być ponadto poświadczone - tzw. apostille (uproszczona forma urzędowej legalizacji dokumentu do przedłożenia go za granicą). Władze niemieckie przyznają licencje, o ile stwierdzą równoważność kwalifikacji zagranicznych i niemieckich oraz spełnienie pozostałych wymagań, między innymi odpowiedni poziom znajomości języka niemieckiego. Czemu Pani Wirginia K. milczy? Albo o tym nie wie, albo nie obchodzi ją to wcale. Liczy się wyłącznie chęć pozyskania osoby, bez względu na to, co tę osobę później spotka.
Dodaj komentarz
Komentarze