Jestem byłym pracownikiem firmy 1A Medicas 24, dla której pracowałem jako rekruter testujący poziom języka niemieckiego. Aby zwabiać niczego nieświadomych pracowników do pracy na terenie Niemiec, miałem przekazywać informacje, że pracownicy oddelegowani za Odrę otrzymają poniesione przez siebie koszty podróży po przepracowanym miesiącu, a tak naprawdę okres ten wynosił trzy miesiące (przypadek Pani Justyny K.), czasem pieniądze nigdy nie zostawały wypłacone, jak w przypadku Pani Grażyny Z. W jej umowie z firmą paragraf 2, punkt 4 stanowi: „Zleceniodawca zwróci Zleceniobiorcy ewentualne koszty dojazdu do miejsca świadczenia zlecenia po przedłożeniu oryginalnych dokumentów potwierdzających ich wysokość wyłącznie w przypadku wykonywania zlecenia przez pełen okres uzgodniony w umowie i z zachowaniem należytej staranności, a w szczególności dochowania przez Zleceniobiorcę zobowiązań wskazanych w paragrafie 6, punkt 1-6”. Umowa została zawarta od 08.09.22 do 07.09.23. Tak mówi paragraf 2 owej umowy, tymczasem załącznik do umowy stanowi: „Obie strony ustalają, że Zleceniobiorca zobowiązuje się do przepracowania od 08.09.22 do 18.10.22”. Pani Grażyna Z. rozwiązuje umowę z dniem 19.10.22. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, że w zapisie o kosztach podróży nie ma nic o dacie lub o kwocie, co może sugerować uzyskanie wszystkich poniesionych kosztów. Dodam także, że Pani Grażyna Z. w informacji na Messengerze przekazała mi, że wypełniła i dołączyła druk dotyczący kosztów przejazdu. Odbył się on przy pomocy przewoźnika GTV Bud.
Bywało również tak, że po wielu próbach upominania się pieniądze zostały one zapłacone a następnie potrącone z pensji. To ostatnie zdarzenie potwierdza Pani Anna D. w piśmie z 29 listopada 2022 roku. A oto, co mi napisała w prywatnej korespondencji: „To złodzieje i oszuści, miałam z nimi do czynienia. Nie wypłacili mi za podróż, ich zdaniem brakowało mi jednego dnia do dwóch miesięcy, zablokowali mi również maila bo upominałam się”. Z tego co udało mi się ustalić, Pani Anna D. opłaciła sobie 100 euro za podróż, po wielu utrudnieniach ze strony firmy zwrócono jej 70 euro, a potem nawet 30 euro, ponieważ potrzebowano kogoś na pilne zlecenie. Po wszystkim potrącono Pani D. dwie kwoty z pensji, bez jej zgody.
Za ciekawy przykład może także posłużyć sprawa Pani Wiktorii W.. Oto, co mi napisała: „Mają czas na rozmowę tylko wtedy, kiedy są zainteresowani. Ja osobiście opłaciłam sobie podróż w październiku a dziś jest luty. Domagają się oświadczenia o zwrot pieniędzy za podróż. Dzień wcześniej zmienili mi opiekunkę, gdzie ja wydałam więcej za pociąg i do dziś nie otrzymałam żadnego zwrotu. Zostało mi powiedziane, że jak wyślę teraz w lutym oświadczenie o zwrot pieniędzy z października, to może dostanę w marcu. Ja chcę moje wydane pieniądze. To jest firma, która zarabia i żeruje na pieniądzach innych osób, które chcą pracować”. Za upominanie się o swoje przyszło zapłacić i to dosłownie. Otóż Pani Wiktoria W. dostała wezwanie do zapłaty na blisko 13 000 złotych w związku „z niewłaściwym przekazywaniem informacji i prowadzeniem dokumentacji medycznej dotyczących stanu zdrowia powierzonego opiece pacjenta, który zmarł, a którego agonia była nagrywana”.
Dokument wystawił Pan Michał S., udziałowiec w firmie 1A Medicas 24. Na dokumencie widnieje jako adwokat, który prowadzi kancelarię adwokacką. Tymczasem Okręgowa Rada Adwokacka w Warszawie ostrzega obywateli przed osobami, które „nie będąc adwokatami wykonującymi zawód, oferują pomoc prawną tak, jakby były adwokatami”. Rzecznik prasowy ORA adw. Grzegorz Kukowka przypomina, że uprawnione do świadczenia pomocy prawnej jako adwokaci są osoby widniejące w Krajowym Rejestrze Adwokatów i oznaczone statusem „Wykonujący zawód”. - Osoby, które nie znajdują się w rejestrze w ogóle, albo też zostały oznaczone statusem „Niewykonujący zawodu” nie mają prawa do świadczenia usług adwokackich na terenie Polski - podkreśla Grzegorz Kukowka.
Pani Wiktoria W. nie przyznaje się do stawianych zarzutów, poprosiła o dowody, które nie zostały jej przedstawione, wynajęła więc radcę prawnego. Ten wysłał pismo do firmy 1A Medicas 24, w którym wzywa do zapłacenia zaległego honorarium Pani Wiktorii. Drugie pismo zostało skierowane do Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie, która potwierdziła, że Michał S. nie należał do ORA w okresie, kiedy wystosowywał pismo do Pani Wiktorii.
W sprawie licznych nieprawidłowości ma dużo do powiedzenia Pan Tomasz N., który w niemieckim Sądzie Pracy w Mannheim miał założoną sprawę przeciwko firmie 1A Pflegemax 24, która ma oddział polski w Warszawie pod nazwą 1A Medicas 24 (obecnie Mamma Mia). Roszczenia dotyczyły wielu nieprawidłowości, m.in. rocznego i miesięcznego rozliczenia wynagrodzeń, obniżki wynagrodzenia w miesiącu grudniu, ilości dni urlopu, który przysługuje pracownikowi, ilości dni niewykorzystanego urlopu, zwrotu kosztów paliwa za przejazdy prywatnym autem do klienta, ilości godzin nadliczbowych, szczegółów przetwarzania danych osobowych. Do tego 15.09.23 r. została złożona sprawa przeciwko zwolnieniu z pracy podczas zwolnienia chorobowego. Pan Tomasz N. został przywrócony do pracy decyzją niemieckiego Sądu Pracy. Dysponuję wyrokiem, jak również zeznaniem Pana Tomasza już po powrocie do pracy. Oto one. „Hej, jak tam praca? A weź. Mobbing jak cholera. Byłem tydzień. Ale nie dałem rady więcej. A jak cię mobbingowali? Wszyscy zaczęli do mnie po niemiecku. A ja słabo z niemieckim… Oni cały czas mnie prowokują. Ja tu mam już dość tego”.
Gdy zacząłem dostrzegać liczne nieprawidłowości w owej firmie, zostałem zwolniony w trybie dyscyplinarnym, a gdy zacząłem ostrzegać ludzi, założono mi sprawę o zniesławienie i pomówienie. Obecnie reprezentuje mnie przed polskim sądem radca prawny, Przemysław Przyżycki, który reprezentuje mnie również w sprawie, którą skierowałem do Sądu Pracy, gdzie domagam się odszkodowania z tytułu pozbawienia mnie pracy.
Biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich się znalazłem, postanowiłem bronić się siłą argumentów i w tym celu zebrałem sporo informacji na temat nieuczciwych praktyk w odniesieniu do zatrudniania i oddelegowywania polskich pracowników do pracy w Niemczech w charakterze opiekunek/opiekunów. Mam zeznania licznych świadków na piśmie, screeny umów i wypowiedzi, nagrania, dysponuję również trzema raportami Państwowej Inspekcji Pracy odnośnie trzech niezależnych pracowników.
Nie wdając się w szczegóły, mamy dwie firmy 1A Pflegemax 24 w Mannheim i 1A Medicas 24 w Warszawie (obecnie Mamma Mia). Właścicielką obu jest Pani Agata H., warszawską placówką zawiadywała do niedawna Pani Iwona L. (obecnie prokurent w Mamma Mia). Kapitał zakładowy firmy 1A Medicas 24 to zaledwie 5000 złotych, chodzi bowiem wyłącznie o podmiot, który umożliwi zatrudnianie w Polsce, aby oddelegowani pracownicy mogli pracować dla drugiego podmiotu w Niemczech.
W świetle prawa niemieckiego polska umowa zlecenia jest przykładem obejścia prawa, co oznacza wykorzystanie luk w systemach prawnych obu państw w celu zaoszczędzania kosztów potrzebnych na zatrudnienie pracownika i odprowadzenia właściwych składek. Wykorzystuje się przy tym swobodę przemieszczania się w ramach krajów EU.
Umowy sporządzane są w taki sposób, że przepisy dotyczące kar umownych dla zleceniobiorcy są zwykle niewspółmierne, co do charakteru przewinienia oraz dotyczą strony samego zleceniobiorcy, co podkreśla nierówny charakter umowy. Zawarcie zakazu konkurencji dla osoby prywatnej pod groźbą kary również jest niezgodne z prawem. Niezgodne z prawem sformułowania można jednak skutecznie podważyć tylko na drodze sądowej, co skutecznie zniechęca wielu poszkodowanych.
Na szczęście znalazły się osoby, które postanowiły przerwać zmowę milczenia. Nie tylko nałożono na nich kary, ale również nie wypłacono wynagrodzenia, nie zwrócono obiecanych kosztów podróży, zwlekano z opłacaniem składek emerytalno-rentowych. Wiele do życzenia pozostawia także kwestia ubezpieczenia zdrowotnego, nierzadko brak zaświadczenia A1 i Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego.
Jak wygląda wabienie ludzi do pracy w Niemczech, można się przekonać wysłuchując nagranie Pani Wirginii K., rekruterki z największym stażem. Z nagrania możemy się dowiedzieć między innymi tego, że: „opieka jest jakby 24 godziny na dobę”. Słowa te padają, chociaż umowa, która jest podpisywana z opiekunkami, jasno stwierdza, że tydzień pracy obejmuje 40 godzin. Potwierdziła to także sama Pani Iwona L. podczas kontroli PIP. Tymczasem tego faktu zdaje się nie dostrzegać Pani Wiktoria K., informuje za to, iż jest jeden dzień wolny w tygodniu. Jak się okazuje, nie istnieje on w umowie podpisanej między firmą 1A Medicas 24 a opiekunkami. Podobno istnieje ów zapis w umowie podpisywanej między firmą 1A Pflegemax 24 a niemieckimi rodzinami… Skąd Pani Wirginia K. ma tę wiedzę, nie wiem. Pracowałem z nią trzy miesiące biurko w biurko i nigdy nie zauważyłem, żeby miała wgląd w polskie umowy, a co dopiero w niemieckie. Tym bardziej, że firma 1A Pflegemax 24 to oddzielny podmiot gospodarczy, działający na terenie Niemiec. Z 1A Medicas 24 łączą go wspólna szefowa i interesy, przy czym polska placówka pełni funkcję podległą, stąd dokumentacja niemiecka pozostaje w Mannheim. Warto w tym miejscu dodać, że Pani Wirginia K. nie zna języka niemieckiego, skąd zatem wie o takowym zapisie?
Idźmy jednak dalej. W jednym miejscu Pani Wirginia K. twierdzi, że jak jest problem „po miesiącu możemy panią przewieźć do innego podopiecznego”, z kolei kilka minut później słyszymy, że „około tygodnia koordynatorzy potrzebują aby znaleźć zastępstwo”. W świetle relacji pokrzywdzonych opiekunek należy z całą mocą stwierdzić, że sytuacja wygląda zgoła inaczej i nie ma możliwości aby Pani Wirginia K. o tym nie wiedziała, ponieważ pracując w firmie wielokrotnie byłem świadkiem telefonów ze skargami od opiekunek. Między bajki należy więc włożyć słowa głównej rekruterki jakoby: „koordynatorzy starają się zawsze pomóc”.
Inną bulwersującą kwestią jest to, iż Pani Wirginia K. powtarza, że zwrot za poniesione koszty dojazdu odbywa się po przepracowanym miesiącu. To nieprawda, co potwierdza wiele pokrzywdzonych osób. Niestety Pani Wirginia K. nic z tym nie robi, prawdopodobnie ze strachu o utratę miejsca pracy. Ów strach jest zapewne powodem, dla którego wspomniana pracownica wyłudza wrażliwe dane osobowe.
Podczas pierwszej rozmowy telefonicznej jest przeprowadzany wywiad z potencjalną pracownicą, podczas którego Pani Wirginia K. wyłudza między innymi imię i nazwisko, datę urodzenia, adres, pesel, informacje o chorobach przewlekłych czy zdjęcie profilowe, nie informując o tym rozmówcy. Nie są to informacje potrzebne do sporządzenia umowy tylko do założenia profilu, który ma zasilić firmową bazę danych. Pytania odpowiadają tym z ankiety, którą posiadam, z tą różnicą, że na ankiecie widnieje informacja o tym, że osoba poddawana wywiadowi zgadza się na przekazanie danych. Brak natomiast informacji, kto jest administratorem danych. Tymczasem podczas rozmowy telefonicznej nie pada deklaracja, której celem jest uzyskanie zgodny i pouczenie po co to wszystko.
Niestety to nie koniec. Na pytanie czy firma przeprowadza odpowiednie szkolenia w zakresie na przykład BHP, Pani Wirginia K. stwierdza, że odbywa się to w Niemczech, po niemiecku. Biorąc pod uwagę to, że w dalszej części rozmowy słyszymy, iż poziom języka jest zależny od zlecenia i może przybrać formę od podstawowej do komunikatywnej, rodzi to pytanie, na ile przekazana wiedza odbyła się w sposób prawidłowy i zrozumiały. I czy w ogóle do szkolenia z zakresu BHP doszło, wszak jak wykazała PIP, pracownicy w firmie 1A Medicas 24 nie zostali przeszkoleni… Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że na umowach podpisanych przez opiekunki widnieje zapis, który mówi, że opiekunki oświadczają, że odbyły odpowiednie szkolenia. Czyli deklarują coś, co ewentualnie dopiero będzie miało miejsce, o ile w ogóle będzie miało miejsce. Inną podejrzaną kwestią jest to, że ewentualne szkolenia organizuje firma 1A Pflegemax 24 a nie firma 1A Medicas 24, dla której opiekunki deklarują chęć pracy. Reasumując, osoby zatrudnia firma w Polsce, a druga w Niemczech korzysta z pracy napływowej siły roboczej, mimo iż nikogo realnie nie zatrudniła.
Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednej nagannej rzeczy. Otóż Pani Wirginia K. informuje potencjalnych pracowników o tym, że mają dostęp do służby zdrowia w Polsce przez cały rok. Problem jednak w tym, że owe osoby pracują w Niemczech. Na pytanie o ubezpieczenie zdrowotne w przypadku nagłej choroby, pada odpowiedź, że w nagłych przypadkach szpital w Niemczech udzieli odpowiedniej pomocy. Na pytanie na jakiej podstawie, nie pada już wyczerpująca odpowiedź. Dowiadujemy się, że jak ktoś jest ubezpieczony w Polsce, to i we wszystkich krajach UE. Problem jednak w tym, że trzeba było mocno się dopytać, aby Pani Wirginia K. opowiedziała o druku A1. Niestety odpowiedź nie była pełna, usłyszeliśmy tylko, że taki druk wystawia ZUS. Ani słowa o tym, że zrobi to za nas pracodawca lub że my musimy o takie zaświadczenie wnioskować i poczekać. Tymczasem Pani Wirginia K. proponuje zlecenia od "już", czyli nie daje czasu na należyte przygotowanie się do wyjazdu, o innych dokumentach typu Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego nie wspominając ani słowem. A sprawa jest jak najbardziej ważka. Przecież EKUZ to karta pozwalająca na leczenie na terenie państw członkowskich UE. Z kolei formularz A1 to wyłącznie dokument potwierdzający ubezpieczenie w państwie pochodzenia. Niestety Pani Wirginia K. nie zważa na tak istotne kwestie, liczy się tylko zrekrutowana kolejna osoba, wszak od ilości pozyskanych osób uzyskuje się premie.
Na koniec chciałbym jeszcze dodać, iż według obowiązującego w Polsce i Niemczech prawa opiekunka domowa nie może wykonywać czynności medycznych. Może jedynie przypominać o zażywaniu leków i pilnować, by osoba starsza przyjmowała je zgodnie z zaleceniami lekarza. Tymczasem z nagrania jasno wynika, że gdy potencjalna opiekunka się chwali, iż umie obsługiwać kroplówkę i zna się na podawaniu zastrzyków, ze strony Pani Wirginii K. nie padają żadne słowa sprzeciwu. Zważywszy, że mamy do czynienia z osobą doświadczoną w rekrutacji takie zachowanie wydaje się dość naganne. Pani Wirginia K. zdaje się zapominać, że aby robić takie rzeczy, trzeba mieć wiele dokumentów, między innymi: podpisany wniosek o uznanie kwalifikacji, dyplomy ukończenia studiów/szkoły medycznej, zaświadczenie z izby pielęgniarskiej o przebiegu pracy zawodowej oraz o zgodności posiadanych kwalifikacji z normą unijną, aktualne prawo wykonywania zawodu w Polsce, tabelaryczny życiorys w języku niemieckim, zaświadczenie od niemieckiego pracodawcy o chęci zatrudnienia danej osoby lub potwierdzenie zameldowania w danym landzie lub oświadczenie pracownika o zamiarze podjęcia pracy w danym regionie, zaświadczenie o niekaralności z Niemiec, tzw. Führungszeugnis, zaświadczenie lekarskie o braku przeciwwskazań do wykonywania zawodu, zaświadczenie o znajomości języka niemieckiego na poziomie minimum B2. Ponadto trzeba złożyć oryginały lub urzędowo potwierdzone kopie, przetłumaczone na język niemiecki przez tłumacza przysięgłego. Tłumacz musi też potwierdzić, że otrzymał oryginalne dokumenty. Dokumenty muszą być ponadto poświadczone - tzw. apostille (uproszczona forma urzędowej legalizacji dokumentu do przedłożenia go za granicą). Władze niemieckie przyznają licencje, o ile stwierdzą równoważność kwalifikacji zagranicznych i niemieckich oraz spełnienie pozostałych wymagań, między innymi odpowiedni poziom znajomości języka niemieckiego. Czemu Pani Wirginia K. milczy? Albo o tym nie wie, albo nie obchodzi ją to wcale. Liczy się wyłącznie chęć pozyskania osoby, bez względu na to, co tę osobę później spotka.
Warto w tym miejscu przytoczyć jeszcze jednego świadka, a mianowicie Panią Halinę M. To jej wypowiedź z Messengera: „Paskudne ludzie w Medicas. Bezczelnie wysłali mnie na minę do Heidelberga, do osoby leżącej około 120 kg. Wiedząc o wszystkim, co się tam dzieje oraz że jest kobieta, która chce stamtąd uciekać. Szantażują ją, iż nie zapłacą dopóki następnej ofiary nie złowią. W tle na zleceniu umysłowo chora córka, która dysponowała matki pieniędzmi i kupowała za nie „jedzenie”. Była to na przykład zupa w proszku sprzed 5 lat, zgniłe warzywa, spleśniały chleb itd. Te paskudy w biurze w Mannheim, ale też w Warszawie bodajże o wszystkim wiedziały. Liftu nie było do podnoszenia chorej. Przyjechałam w sobotę, dzwoniłam do nich, o wszystkim mówiłam. Mnie też zmuszali do pozostania na tym zleceniu lecz ja na własny koszt uciekłam stamtąd w niedzielę. Potem te paskudy mnie zablokowały i szukały na to zlecenie następnej ofiary żeby tylko kasa się zgadzała. Jest o nich głośno na różnych grupach, bardzo złe opinie”.
Dodaj komentarz
Komentarze